nagłówek

Wielkim głosem

Wróżka 11/2008

Dźwięk płynie w dal, łączy z ludźmi. Otwiera nieznane przestrzenie w naszym wnętrzu. Alicja Chlasta, magister teologii, odnalazła siłę i magię w przaśnych przyśpiewkach i pieśniach obrzędowych rodem z dawnej polskiej wsi. Dziś uczy ludowego śpiewokrzyku, który pomaga poczuć własną moc i pokonać lęk. 
2a.jpg
 
  Kiedy się rodzimy, nie mamy żadnych oporów, żeby wrzaskiem ogłosić swoje istnienie. Potem jakoś dziwnie cichniemy. Jakbyśmy ściskali swoje wnętrze, dusili oddech. Dlatego gdy znów usłyszymy głębię i moc własnego głosu, najczęściej jest to dla nas objawieniem.
  Alicja, drobna kobietka, bierze się pod boki i wyrzuca w powietrze przenikliwy dźwięk, który z łatwością dopadłby gospodynię na drugim końcu pola, przeleciał przez jezioro czy pozwolił prowadzić dyskusję między opłotkami. Scenka wokalna niczym z „Chłopów” Reymonta więdnie jednak w zarodku, bo tu jest wielkie miasto i nie można straszyć mieszkańców kamienicy przy Wąskim Dunaju takim zaśpiewem. Bardziej pasuje on do łagodnych wzgórz i jezior Suwalszczyzny, którą Alicja Chlasta namiętnie fotografuje.
  – Zakochałam się w śpiewokrzyku – mówi już normalnym głosem. – Przyszedł do mnie sam. Stałam kiedyś z kramem z minerałami pod klasztorem nad Wigrami. Odbywał się tam festiwal muzyki ludowej. Wtedy pierwszy raz usłyszałam lubelską grupę „Muzyka Kresów”. Jeszcze nie wiedziałam, że to, co oni wykonują, to biały śpiew, czyli śpiewokrzyk, tradycyjna technika wokalna. Byłam zachwycona witalnością tych dźwięków. To był śpiew mocy, wolności i radości. Wiedziałam, że muszę tego spróbować.
  Z Alicją to było tak, jakby istniała w dwóch, a nawet trzech osobach. Jedna fascynowała się od zawsze duchowością, stąd studia teologiczne na Warszawskiej Akademii Teologii Katolickiej (dziś Uniwersytet im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego) i w Instytucie Wyższej Kultury Religijnej KUL-u. Drugą ciągnęło do ludzi. Pracowała jako wolontariuszka w Telefonie Zaufania, skończyła program „Kontakt w sytuacji pomagania” w Laboratorium Psychoedukacji
i kurs dla liderów lokalnych. Trzecia, której długo nie lubiła, jest świetną organizatorką i ma głowę do interesów. Z sukcesem prowadziła sklepy z biżuterią. Kiedy miała dość tych swoich sklepów, na jednej ze ścieżek ucieczki od biznesu, właśnie pod wigierskim klasztorem, wpadła na śpiewokrzyk.

  Pieśń jest człowiekowi potrzebna do życia. Nasi przodkowie korzystali z niej mistrzowsko.
  – Kiedy nie było telefonów, internetu, a nawet telegrafu, ludzie byli zdani na własny głos. Zamiast biec do sąsiadki, gospodynie krzyczały do siebie przez wieś. Śpiewały przy pracy, dodając sobie siły i łagodząc zmęczenie. Pieśni i przyśpiewki z jednej strony dawały poczucie jedności i wspólnoty, z drugiej, były niegroźną formą utarczek między ludźmi i pomagały rozwiązywać konflikty – mówi Alicja. – Śpiewne, rymowane pojedynki, dosadne, ale żartobliwe, nie kłuły tak, jak ostre słowa dzisiaj. Można się było w ten sposób wyzłościć i żyć dalej obok siebie.
  Pieśni chroniły też w momentach trudnych życiowych doświadczeń. Kobiety śpiewały, gdy ktoś się rodził albo umierał. Człowiek
w chwilach przejścia jest zupełnie odkryty i bezbronny. Wierzono, że pieśń pomaga skontaktować się z opiekuńczymi duchami, odstrasza złe moce i w ten sposób chroni tych, którzy sami nie mogą się obronić. Taką rolę pełniły przecież przyśpiewki i rytuały weselne. Miały ułatwić dziewczynie przejście ze stanu panieńskiego do roli mężatki. Panna młoda to przecież takie kobiece ni to, ni owo.
  Nasi przodkowie, którzy nie znali psychologii, dobrze wiedzieli, że człowiek nie jest od urodzenia do śmierci taki sam. Na różnych etapach swojego życia przechodzi kolejne przepoczwarzenia: rodzi się, dorasta, zakłada rodzinę, wychowuje dzieci, starzeje się, osiąga kolejne wtajemniczenia losu w drodze do mądrości i duchowości. Na każdym etapie jest chwila, kiedy stare się rozpada, a nowego jeszcze nie ma. Wtedy jesteśmy odkryci, idziemy w nieznane. Nasi przodkowie właśnie pieśnią oswajali to, co nowe, dziwne, niebezpieczne.

  Choć pieśń brzmi dziś inaczej, daje nam wciąż to samo. Podnosi na duchu, pozwala poczuć wspólnotę z innymi albo wyraża bunt czy niezgodę na świat. Po co więc wracać do archaicznych brzmień?
  – Wielu ludzi nie umie dziś użyć swojego głosu. Mamy ściśnięte gardła i zablokowaną przeponę. Takie cielesne zamknięcie odzwierciedla blokady w naszej duszy. Wielu z nas boi się usłyszeć własny głos, bo może będzie się za bardzo różnił od tego, co uważamy za stosowne, modne, odpowiednie – wyjaśnia Alicja Chlasta. – Śpiewokrzyk, który wychodzi z głębi, uwalnia nas. Kiedy sama doświadczyłam tego po raz pierwszy, byłam olśniona. Brakuje mi słów, żeby opisać ten stan euforii i uwolnienia. Nagle otworzyła się przede mną wielka przestrzeń. Poczułam, że nie ma tak naprawdę żadnych granic ani barier. To był ułamek sekundy, ale pamiętam to uczucie do dziś. Dzięki śpiewokrzykowi wyrażamy to, co głęboko ukryte: pragnienia, uczucia, cierpienie, tęsknotę, ale też uwalniamy swoją moc. To jest też coś, co pozwala sięgnąć do źródeł, do miejsca, z którego wszyscy wychodzimy, do korzeni naszej kultury. Można studiować historię i obyczaje, ale dopiero dzięki śpiewokrzykowi ją poczujemy.
  Marta, nauczycielka po czterdziestce, w czasie warsztatów śpiewokrzyku długo nie mogła wydobyć z siebie głośnego dźwięku. Ale kiedy już zaśpiewała, głos poleciał pod niebo! Dziś mówi, że dopiero od tego krzyku naprawdę zaczęła być kobietą. Szarości, bordo, beże zamieniła na turkusy i rudości, zaczęła się malować i chodzi na taniec brzucha.
  Indianie z Ameryki Północnej twierdzą, że każdy z nas ma swoją pieśń mocy. Przychodzi, jeśli się otworzymy i jesteśmy gotowi ją śpiewać. To piękna metafora naszych potyczek z lękiem. Bo to on nie pozwala przemówić pełnym głosem i iść własną drogą. Kiedy słowa nie mogą lęku okiełznać, warto zacząć się z nim mierzyć za pomocą tańca i śpiewu. Głos to fala i jej wibracje leczą od środka. Nie trzeba jednak szukać w dalekich kulturach. Nasz słowiański śpiewokrzyk jest równie skuteczny, jak śpiewanie jogińskiej mantry om czy buczenie i zawodzenie Indian.

  Alicja ma ciągle w pamięci ten moment, kiedy głos wyniósł ją do nieba. Dziś prowadzi innych, głównie kobiety, do wokalnego uwolnienia. Każdy doświadcza go inaczej. To zależy, na co jest gotowy i jak silne są wewnętrzne blokady. Poza psychologicznymi czy wręcz duchowymi doznaniami, śpiewokrzyk daje całkiem praktyczne korzyści. Uczy, jak korzystać z własnego głosu, z tej genialnej akustycznej konstrukcji, jaką jest nasz aparat mowy. Przydaje się wszystkim, którzy muszą dużo mówić.
  – Zupełnie zatracamy naturalność operowania głosem – mówi Alicja Chlasta. – To słychać nawet na koncertach, czyli tam, gdzie występują osoby, które powinny być w tym mistrzami. Dlatego w mówienie czy śpiewanie wkładamy tyle wysiłku, a nauczyciele, wykładowcy czy specjaliści od szkoleń mają po kilkunastu, a czasem nawet po kilku latach pracy problemy ze strunami głosowymi.
  Alicja Chlasta głos wydobyła i postanowiła za nim iść. Dziś prowadzi w Warszawie Ośrodek Rozwoju Osobistego Alcha. Sama prowadzi warsztaty śpiewokrzyku. Organizuje też mnóstwo innych zajęć rozwojowych: psychologiczne, z dziedziny medycyny chińskiej, tai chi, qi gong, feng shui. Warsztaty, obozy, zajęcia cykliczne i weekendowe. Wszystko, co pomaga poznawać siebie i żyć coraz pełniej.
  – Robię to, co jest moją pasją. Jeśli mam ochotę sama coś poznać, w czymś uczestniczyć, robię to u siebie – wyjaśnia.
  I coraz lepiej godzi różne części swojej osobowości. Zatapia się w ciszy medytacji zen, przeżywa uniesienia śpiewokrzyku, jest perfekcyjnie zorganizowaną szefową własnego przedsiębiorstwa i zamiłowaną fotografką Suwalszczyzny. I tym, co ma najlepszego, dzieli się z innymi.

ANNA ŁAWNICZAK
zdjęcia SŁAWOMIR KUBALA